OKO W OKO Z...
Wywiad z panią wicedyrektor Ewą Hawryluk
Redakcja: Jest Pani wicedyrektorem ds. dydaktycznych. Na czym dokładnie polega Pani praca?
Ewa Hawryluk:
To jest bardzo trudno określić dokładnie, bo jest to bardzo duży
obszar. Moim zadaniem jest czuwanie nad przebiegiem nauczania w IV LO,
a więc odpowiedzialna jestem za plan lekcji, za prawidłowe,
systematyczne realizowanie materiałów z poszczególnych przedmiotów
Ponadto muszę jeszcze na bieżąco "gasić pożary", np. tego nauczyciela
nie ma, tamten zachorował, tamtemu coś wypadło, a życie musi się toczyć
dalej.
R: Słyszałem, że ma Pani Dyrektor taką intuicję co do planu, wypełniania, zastępowania...
EH: To jest nie tyle intuicja, co wprawa. Powiem Ci szczerze, że
jak rozpoczęłam tę pracę (to już jest 10 lat... ludzie!), to wcale nie
było takie proste. W tej chwili mam, co mnie samą przeraża, plan całej
szkoły w głowie. Dlatego się czasami zdarzają sytuacje przezabawne.
Widzę jakiegoś ucznia na korytarzu i wiem, że nie powinien tam w tym
czasie być... Jest to dla mnie momentami krępujące! Ktoś by mógł
pomyśleć, że nad niczym innym nie czuwam, tylko pilnuję kto, gdzie jest
w tej szkole. Ale ja po prostu znam masę ludzi z widzenia. Jeżeli kogoś
widzę na korytarzu, coś mi nie pasuje, mówię: no nie! niemożliwe! No i
nie mylę się, że to takie drobne rozejście się z planem danej osoby, że
powinna być na matematyce, a nie np. w barku czy na korytarzu. Ja mam
szaloną pamięć wzrokową. Pamiętam gdzie, kto, w jakich godzinach jest,
która klasa. Mogę się pomylić o godzinę. To się nabiera wprawy, jak z
krzyżówkami...
R: Powiedziała Pani, że to już 10 lat pracy...
EH: Prawie...
R: ...to która jest to kadencja?
EH: Tu nie ma kadencji. Nie. Kadencje są na stanowisku dyrektora
- co 4-5 lat odbywają się konkursy. A jak będzie dalej, to czas
pokaże... Ja się przede wszystkim czuję nauczycielem...
R: No właśnie... Jak godzi Pani pracę nauczyciela biologii z funkcją dyrektorską?!
EH: Tak jak powiedziałam: Ja się
czuję przede wszystkim nauczycielem. Szkołę wybrałam przynajmniej 100
lat temu i muszę powiedzieć, że to nie był przypadek, nie był przymus,
tak jak niektórzy mówią: jak już nic nie wyjdzie to do szkoły. Moja
droga życiowa wcale nie była tak zawsze związana ze szkołą.
Rzeczywiście zaraz po studiach rozpoczęłam pracę w liceum i ani dnia
ani godziny nie pracowałam w innej szkole niż liceum. Po jakimś krótkim
czasie, wydawało mi się, że nie wytrzymam w szkole. I zmieniłam szkołę
na Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Ogrodzie Botanicznym...
R: Och...
EH: Też mi się tak wydawało: Och! I to było naprawdę
interesujące, ciekawe. Zmiana zupełna. Ale wytrzymałam tam niedługo...
chyba tylko trzy lata. Z tym, że była mała przerwa - miałam urlop
macierzyński. Ale tam brakowało mi ludzi, nie mogłam bez tego żyć. I z
instytutu w Ogrodzie Botanicznym zrezygnowałam, chociaż miałam już
mocno zaawansowane prace osobiste, naukowe, bo z tym to się wiązało.
Wróciłam do szkoły, przyszłam potem do "Czwórki". Z tym, że "Czwórka"
była wtedy jeszcze przy Gdańskiej.
R: Czyli nie zaczynała Pani od "Czwórki"...
EH: Nie, ale zaczynałam od liceum. Do "Czwórki" przyszłam w 1983
r., czyli niebawem będzie już 20 lat. Czuję się przede wszystkim
nauczycielem. I dla mnie najważniejszy jest właśnie ten kontakt z
ludźmi. Mnie to nigdy nie męczy. Nigdy nie czuję się tym znużona.
Człowiek ma lepszy i gorszy dzień, ale żeby czuć się znużona,
zirytowana uczniami... Nie! Ja mogę się zdenerwować na kogoś, to chyba
ludzkie? Praca w szkole, uważam, jest najciekawsza. To jest coś, co się
zmienia, to jest żywy organizm. Ciągle coś nowego i tylko ludzie
odchodzą, zmieniają się twarze, ale zawsze są ludzie. To jest coś
pięknego, bo chyba nie ma nic ważniejszego niż praca z drugim
człowiekiem... A jak godzę? Czasami jest mi wstyd, bo jak jest taki
nawał lekcji, tutaj zmiana planu (tak jak miała teraz miejsce z tą
czwartą godziną wuefu), czy jakiś nauczyciel rozchoruje się, odejdzie
na dłuższy urlop, a wtedy plan musi być zmieniany doraźnie,
natychmiast. I jak to godzić z lekcjami?! Wtedy jest mi wstyd przed
moimi klasami, że nie mają lekcji. Ale to jest kwestia organizacji. Ja
jestem typu 'skowronek', lubię wcześnie zaczynać. W szkole jestem
wcześnie i wiele rzeczy już zrobię rano, kiedy jest jeszcze spokój.
R: Pewien XVIII-wieczny poeta francuski zauważył, że "owoc pracy
najsłodszy jest ze wszystkich rozkoszy". Co, Pani zdaniem, jest
najsłodszym owocem pracy nauczyciela, czy dyrektora?
EH: Raczej nauczyciela, trzeba by było w tym kontekście, bo te
dwie funkcje się zazębiają. Dyrektor zawsze jest nauczycielem, a w
szkole nauczyciel zawsze może być dyrektorem. Zawsze jednak jest przede
wszystkim nauczycielem. To, jak widzę gdy człowiek dojrzewa, jak patrzę
na młodych ludzi, gdy zaczynają w wieku 14-15 lat i często jestem
świadkiem ich dorastania, dojrzewania, zmagania się z problemami, i na
koniec, kiedy widzę ich na maturze. Możesz mi wierzyć, to nie jest nic,
co mówię do gazety. To jest coś najpiękniejszego, kiedy patrzę na tych
dorosłych ludzi, dokładnie dojrzałych. Niektórzy tak pięknie się
prezentują. Tu nie chodzi o tę prezencję wizualną, ale taką pełną
dojrzałość. Mądrych, odpowiedzialnych ludzi, którzy są gotowi do
samodzielnego startu w życiu. To jest właśnie to!!!
R: Hm... Panią to cieszy, a niektórzy wręcz przeciwnie: biorą to
za mijanie czasu. Tutaj uczeń jest w pierwszej klasie, a zaraz w
czwartej...
EH:
O nie! Czasami takie myśli się pojawiają, ale nie w tym kontekście. Jak
patrzę na człowieka, takiego właśnie na przestrzeni czterech lat, jak
on jest tutaj z nami - to jest życie, które mija, a że życie mija, to
co my na to poradzimy? Tak to już jest, ale ja tego nie rozpatruję w
takich kategoriach. Czasami sięgam pamięcią i różne roczniki mi się
pojawiają, przypominają się różne twarze, różne osoby. Z rozmaitych
powodów, które mi tak utkwiły. Klasy, które miałam. To rzeczywiście
napełnia mnie taką nostalgią, czasem trochę wręcz przerażeniem, że to
tak szybko płynie.... Szalenie! - tak szalenie. Ja nie mogę pojąć, że
to jest prawda. Ale to właśnie ten moment, kiedy widzę ucznia, na
wejściu i na wyjściu, (dydaktyka tak mówi brzydko). Uczeń, który
wchodzi do szkoły i wychodzi - kolosalna zmiana! To jest właśnie to.
Każdy ma sukcesy.
R: Czy praca zajmuje najważniejsze miejsce w Pani życiu, czy są jeszcze jakieś ważniejsze wartości?
EH: Wiesz... nie powiem Ci, czy najważniejsze, czy nie najważniejsze, ale bez tej pracy, bez szkoły byłabym nieszczęśliwa.
R: A jak na to reaguje Pani rodzina?
EH: Moja rodzina
jest do tego przyzwyczajona. Mówią, że ja bym bez szkoły umarła. Moi
synowie powiedzieli kiedyś (tacy tam, kilkuletni chłopcy), że jak
dorosną, to nigdy nie będą mieć żony nauczycielki /śmiech.../, bo jak
się ma nauczycielkę w domu, to albo jest na wycieczkach, albo ma
wywiadówki, albo sprawdza klasówki, albo gdzieś z klasą wychodzi... Ale
ja sobie organizuję to wszystko. To jest naprawdę kwestia
zorganizowania, pogodzenia tego. Ja nie czuję, że coś kosztem czegoś
się odbywa. Odnoszę wrażenie, patrząc na mój dom, na moich
najbliższych, na szkołę, że to wszystko chyba jakoś udaje mi się...
R: Zmieńmy może nieco temat. Jak Pani Dyrektor ocenia szkolną gazetkę i pracę redakcji?
EH:
Super! To jest to, czego ostatnio brakowało w naszej szkole. Nie może
być porządne liceum bez porządnej gazety! A że jesteśmy bardzo
porządnym liceum, to chyba nie ma wątpliwości... Ja widzę świetlaną
przyszłość przed gazetką!
R: Czy zechciałaby Pani, by w tej gazetce ukazało się coś szczególnego? Czy czegoś w niej Pani brakuje?
EH: Powiem Ci szczerze, że nie. Bardzo mi się podobają np.
zawsze aktualne informacje, tematy, które w danym momencie się powinny
ukazać, bo wynikają czy to z kalendarza, czy z życia szkoły; czy jakieś
zdarzenia, które nas faktycznie nurtują. Bardzo sympatyczne są takie
króciutkie wypowiedzi nauczycieli, tak jak to było ostatnio...
R: ...o studniówce.
EH: Prawda? To takie bardzo
sympatyczne. Problemy, które was dotyczą, a więc na przykład związane z
muzyką, literaturą, właśnie taką dla młodych ludzi. Ale myślę, że nie
tylko dla młodych, bo i dla starszych. Człowiek wtedy lepiej widzi
młodzież, jak wy na to patrzycie. Gazetka bardzo mi się podoba,
naprawdę. Ja nie potrafię Ci powiedzieć, czy czuję jakiś niedosyt, czy
coś jeszcze bym chciała. Takie dobre to jest, że jeszcze więcej by się
poczytało. Zanim dojadę do Fordonu, to przecież cały numer trzy razy
przeczytam... Ale to wina Fordonu, że tak daleko.
wywiad przeprowadził
Łukasz Krobski
TEMAT MIESIĄCA: PAJDOKRACJA CZYLI RZĄDY MŁODYCH
Co roku do Warszawy na siedmiodniowe obrady
Sejmu Młodych zjeżdża młodzież z całej Polski, aby debatować nad
problemami, które bezpośrednio dotykają dzieci i nastolatków. Tematami
przewodnimi tych spotkań są zazwyczaj: przemoc w rodzinie, brak dostępu
do edukacji i wszechobecna (szczególnie w krajach Afryki) nędza. W ten
sposób młodzi ludzie uczą się dostrzegać i pomagać innym w dostrzeganiu
tych problemów. Kolejnym bardzo istotnym elementem jest możliwość
przedstawienia pomysłów, które mogłyby położyć kres wszelkim "dorosłym"
zmartwieniom dzieci i uczynić ich dzieciństwo czasem niepowtarzalnym i
wspaniałym. Niestety w obradach tych mogą wziąć udział tylko nieliczni.
Większości z nas bliższe jest bez wątpienia
forum klasy niż forum parlamentu. Wielokrotnie wielkie przedsięwzięcia
kojarzymy tylko z wielkimi ludźmi w żaden sposób nie przypominającymi
nas samych. Lecz oni kiedyś też byli młodzi i nasze obawy były także
ich obawami. Tak naprawdę jako ludzie młodzi wcale się od nas nie
różnili. Wniosek nasuwa się sam- ty też możesz zostać wielkim
człowiekiem, musisz tylko chcieć i włożyć w to całą swoją pracę i
serce. Nie obędzie się oczywiście bez wyrzeczeń lecz cóż się nie robi,
aby osiągnąć wymarzony cel.
Od czego zacząć? Jest rzeczą oczywistą i
poniekąd naturalną, że młodzi ludzie odgrywają minimalną rolę w
kierowaniu państwem jednakże nie rozpoczyna się nauki pływania od
głębin morskich. Zacznijmy od płycizny, najbardziej nam

znanej formy
pajdokracji-Samorządu Uczniowskiego. Jest on organem rozpatrującym i
przedstawiającym gronu pedagogicznemu pomysły, uwagi uczniów, a także
przedstawicielstwem całej społeczności szkolnej. Swoje spostrzeżenia,
rozwiązania powinieneś kierować właśnie tam. Tylko w ten sposób Twoje
pomysły mogą być urzeczywistnione. Może jest to najwyższy czas, aby
zmienić swoje nastawienia z biernego na prężne działanie. Chociaż
altruizm i poświęcanie się sprawie wyższej jest w naszym
materialistycznym świecie tematem często pomijanym, niedocenianym warto
zburzyć kolejny mur i pokazać na co Cię stać. Bez walki, czynu niczego
nie osiągniemy tylko akcja i zjednoczenie się dla dobra wspólnej sprawy
może prowadzić do sukcesu.
Nie zapominaj, że Ty również jesteś uczniem IV
LO i Ty także jesteś odpowiedzialny za sytuację w naszej szkole.
Zabierz głos w sprawie, która Cię bulwersuje w środowisku naszego
liceum. Może Twoje "odkrycie" stanie się impulsem do przeprowadzenia
pewnych zmian. Pierwszy krok należy jednak do Ciebie. Samorząd Szkolny
jako reprezentant i obrońca Twoich interesów i poglądów postara się na
pewno, aby Twoja uwaga (jeśli jest uzasadniona) nie przepadła. Wierząc
w Twoją młodość i świeżość umysłu życzę Ci zrealizowania najskrytszych
marzeń.
Rasta
CO W KULTURZE PISZCZY?
Byłam na "Weselu"
12 l

utego 2002 roku o godz. 19.00 na deskach
Teatru Narodowego w Warszawie wystawiony został spektakl pt.: "Wesele"
Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego. W rolach głównych
wystąpiła plejada znakomitych, polskich aktorów, takich chociażby jak:
Wojciech Malajkat, Zbigniew Zamachowski, Dorota Segda, Jerzy Treka czy
Artur Żmijewski. Doborowa obsada oraz doskonała ścieżka dźwiękowa to
tylko nieliczne z walorów, które sprawiły, że w Sali Bogusławskiego
zapanowała fascynująca aura tajemniczości, powagi i niezwykłego
skupienia. To widowisko niezwykle atrakcyjne w odbiorze, bo dynamiczne,
pełne zdarzeń i emocji. Ważne jest także, że reżyser potrafił
umiejętnie oddać nastrój wiejskiego wesela, sprawnie ukazać idee utworu
nie zapominają przy tym o nutce humoru. Mnie jednak najbardziej
zaciekawiła postać Rachel, w którą wcieliła się D. Segda. Myślę, że
aktorka doskonale odtworzyła rys psychologiczny tej postaci i wraz z
nieco humorystyczną postacią poety (Zamachowski) utworzyła równoważnię
dla całego spektaklu. Jednocześnie w całym przedstawieniu zabrakło
odrobiny napięcia w chwilach wymagających tego, ale może to wynikało z
mojego rozproszenia, które nastąpiło, gdy ujrzałam A. Żmijewskiego w
roli Widma.
Widowisko w efekcie końcowym, uważam za bardzo
udane i zachęcam do częstszego odwiedzania teatru, gdyż wbrew naszym
pozorom, może być całkiem interesująco.
Ewelina Kownacka